Wyruszyliśmy w tę podróż w czwartkowy poranek. Czekała nas ekscytująca przeprawa przez Bałtyk. Dla wielu uczestników wyjątkowa, gdyż wcześniej nigdy promem nie płynęli. Wszystko wydawało się niezwykłe i tajemnicze – 11 pokładów, kilka restauracji, 1400 pasażerów, kasyno, dyskoteka, sklepy, eleganckie kajuty… W czasie kolacji, podczas której serwowano szwedzkie dania, największy zachwyt budziły przepyszne desery. Potem spotkanie w dyskotece, gdzie najwytrwalsi tańczyli do białego rana. Czasu na nocleg pozostało zatem niewiele, o szóstej pobudka, śniadanie, o 8:30 dopływamy do celu. Przed wejściem do portu nasz prom mija dwa morskie forty - po prawej Kungsholmen na wyspie Aspö, a po lewej Drottnigskär na wyspie Tjurkö. Kiedyś broniły wejścia do portu od strony morza.Przed nami niezdobyte miasto „Korona Karola” czyli Karlskrona, miasteczko zaprojektowane i zbudowane w sposób bardzo przemyślany, którego pradawny układ zachował się do dzisiaj - port wojenny i cenne zabytki architektury. Docenił to Komitet Światowego Dziedzictwa wpisując Karlskronę w 1998 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Karskrona to miasto położone na 33 wyspach. W całym archipelagu jest ich ponad półtora tysiąca. Zwiedzając miasto, co chwilę można znaleźć się na innej wyspie lub też zobaczyć te, które leżą nieopodal. Urocza jest maleńka Stakholmen, jedyna bezludna wysepka, na której mieszkańcy miasta urządzają weekendowe spotkania, pikniki. Główne miasto i port ze stocznią położone jest na wyspie Trossö. Karlskronę w 1680 roku założył król szwedzki Karol XI. W jego zamyśle miał to być port i stocznia szwedzkiej floty wojennej. Ciekawostką pozostaje fakt, że król zaciągał opinii wśród piratów i to oni wskazali mu to miejsce jako optymalne. Położony dalej na północ Sztokholm narażony był na sroższe zimy, a otaczające go wody pozostawały dłużej skute lodem, co niedawało gwarancji skutecznej obrony. Król posłuchał więc rad piratów i był to świetny wybór –Karlskrona nigdy nie została zdobyta przez obcą armię, czy to z lądu czy od strony morza.

Naszym pierwszym przystankiem był dawny Targ Rybny, pośrodku którego stoi kamienna postać kobiety, dłuta Erika Höglunda. Stoi w miejscu, gdzie dawniej odbywała się sprzedaż ryb. To tutaj, codziennie, pod pobliski brzeg podpływali łodziami rybacy, oferując mieszkańcom Karlskrony świeżo złowione ryby - śledzie, dorsze i flądry. Dzisiaj nie ma śladu po targu i rybakach, została samotna rybaczka z małym stolikiem i sporą rybą, przy której chętnie pozowaliśmy do pierwszych fotografii.

Kolejnym etapem była Björkholmen. To wyspa, której oryginalna stara zabudowa (przeurocze drewniane domki pierwszych stoczniowców) zachowała się do dzisiaj. Domki przetrwały dzięki temu, że zbudowane zostały z dębowego drewna, a wieść niesie, że był to surowiec przeznaczony na budowę okrętów. Niegdyś w jednym domku zamieszkiwała cała rodzina. Obecnie kilka domków składa się na jedno domostwo.Dawniej dzielnica biedoty, dziś najbardziej pożądane miejsce zamieszkania w Karlskronie.

Po najmniejszych drewnianych domkach zobaczyliśmy największy drewniany kościół. Kościół Admiralicji zbudowany w 1685 roku. Budowla może pomieścić 4 tysiące osób i pokryta jest tradycyjną szwedzką farbą – czerwienią faluńską, zbudowana na planie krzyża równoramiennego o boku 20 m., według źródeł jest także największym budynkiem drewnianym w Skandynawii. Pod samym kościołemnapotykamy zabawną figurkę przedstawiającą żebraka Matsa Rosenboma. Niestety jego historia wcale nie jest wesoła. Rosenbom był dawnym pracownikiem stoczni, który z powodu choroby nie mógł kontynuować swojej pracy, musiał więc żebrać, by przeżyć. W sylwestrową noc 1717 r. otrzymał spory datek od kapitana, dowódcy jednego ze statków cumujących w porcie. Żebrak skłonił się tak nisko, że spadł mu z głowy kapelusz. Kapitan podniósł go ze śmiechem i założył z powrotem Rosenbomowi na głowę, żartując przy tym: kto chce otrzymać podziękowanie od Rosenboma, musi mu sam podnieść kapelusz.

Żebrakowi tak się to powiedzonko spodobało, że postanowił opowiedzieć o tym miejscowemu rzeźbiarzowi Kolbemu. Tenjednak nie był w najlepszym nastroju i przepędził żebraka. Po jakimś czasie poczuł wyrzuty sumienia i poszedł szukać mężczyzny, aby go przeprosić. Wystraszony żebrak ukrył się w okolicy Kościoła Admiralicji. Niestety były tęgi mróz, Rosenbom nie przeżył, zamarzł. Rzeźbiarz, chcąc uczcić jego pamięć, przygotował rzeźbę z kapeluszem, który można unieść, by do jej środka wrzucić datek, przekazywany później ubogim osobom. Dziś takich w Szwecji nie ma, datki przeznaczane są na inne cele społeczne. Z biegiem lat powstała także inna legenda - jeśli podniesie się kapelusz i wrzuci pieniądze, na pewno powróci się do Karlskrony.

Wszyscy lubimy legendy, kochamy bajki. Mieszkańcy Kalskrony mają też innego swojego bohatera. To postać maleńkiego chłopca Nilsa Holgerssona, bohatera książki „Cudowna podróż”, napisanej przez Selmę Lagerlöf, pierwszej kobiety, która otrzymała literacką Nagrodę Nobla. Nastoletni młodzieniec był osobą o bardzo złym charakterze, naśmiewał się z brzydoty króla, dręczył też zwierzęta. Któregoś dnia napotkany krasnoludek zmniejszył go do swoich rozmiarów, a dręczone dotychczas zwierzęta miały okazję wykorzystać swoją przewagę. Z opresji uratowała chłopca gęś, która zabrała go na swoim grzbiecie w podróż dookoła Szwecji. Z tej podróży Nils wrócił kompletnie odmieniony, a krasnal przywrócił mu poprzedni wygląd.

Przy Bastionie Aurora zatrzymaliśmy się obok popiersia Erika Jönsona Dahlbergha. Był kartografem armii szwedzkiej podczas wojny polsko-szwedzkiej, słynnego Potopu. Dzięki jego pracy zachowały się też mapy Polski, plany polskich miast – Warszawy, Torunia, Krakowa. Szwedzi wspominają go szczególnie jako twórcę planu Karlskrony oraz budowniczego fortyfikacji. Szerokie ulice miasta i największy rynek w północnej Europie, to głównie jego zasługa. Sam Bastion Aurora, swoją nazwę Aurora – Jutrzenka zawdzięcza wschodniemu położeniu (pierwsza fortyfikacja miasta, która wita poranne promienie słoneczne). Tutaj właśnie, schodząc w dół do morza, dochodzimy do Nabrzeża Królewskiego, gdzie dawniej witano władców Szwecji, przybywających do miasta drogą morską.

Główny rynek miasta uważany jest za największy rynek w Szwecji. Taką teżnadano mu nazwę - Stortoget czyli Wielki Rynek. Pośrodku postument, na którym stoi dumna postać założyciela miasta – króla Karola XI. Zarówno z pomnika, jak i z portretów króla, które mięliśmy okazję oglądać nieco później w Muzeum Morskim, spoglądała na nas dumna twarz, ale o rzadko spotykanej szpetocie. Nic dziwnego, że mały Nils, bohater bajki Selmy Lagerlöf drwił sobie z urody swojego króla.

Nad rynkiem dominują dwie wieże Kościoła Fryderyka, zbudowanego pod koniec XVII wieku. Zamierzenia twórców były bardziej śmiałe, miała powstać świątynia wyjątkowa, z bogatą kolumnadą, na wzór budowli rzymskich. W rzeczywistości, z powodu prowadzonej wojny i nienajlepszego stanu skarbu państwa, powstała budowla znacznie skromniejsza. Podobnie zresztą jak stojący po drugiej stronie rynku kościół Trójcy Świętej, zwany też Kościołem Niemieckim (postawiony na potrzeby niemieckich robotników, których znaczna liczba budowała port i miasto Karlskronę), zachwyca skromnością zarówno swojego wnętrza jak i zewnętrznej fasady. Ta skromność to także znak szczególny luterskiej wiary, przecież Szwecja to kraj ewangelicki.

Na koniec spaceru po Wielkim Rynku odwiedziliśmy słynną w całej Szwecji lodziarnię. Słynną nie tylko z powodu wyjątkowo bogatej oferty lodów, o wyszukanych smakach (lukrecji, fiołków), własnego wypieku wafli, ale także przeogromnych porcji, sprzedawanych w niespotykany sposób – pierwszy smak kosztuje 32 korony, drugi i trzeci tylko klika koron, następne gratis. Porcje są jednak olbrzymie, konsumpcja trzech smaków przekracza możliwości nawet największego smakosza lodów.

Trochę niezgodnie z przyjętą powszechnie zasadą, po obfitej konsumpcji lodów, wybraliśmy się na lunch… do słynnego Muzeum Morskiego, które jest obowiązkowym punktem każdej wycieczki do Karskrony. To także jedno z najczęściej odwiedzanych muzeów w Szwecji. Jego początki sięgają XVIII w., kiedy to na rozkaz króla rozpoczęto gromadzenie modeli okrętów szwedzkiej marynarki wojennej. Muzeum jest bardzo nowocześnie zaaranżowane i umożliwia zapoznanie się nie tylko ze szczegółami budowy okrętów, przedstawia też warunki codziennego życia na morzu oraz opowiada o historii Szwecji. W muzeum można m.in. przejść podwodnym tunelem, spróbować swoich sił przy kilkumetrowym wiośle, obejrzeć unikalną kolekcję oryginalnych rzeźb galionowych. Tam też, w przymuzealnej restauracji, spróbowaliśmy prawdziwie szwedzkich wiktuałów – opiekanego śledzia, nadziewanych klusek ziemniaczanych, popularnych mielonych klopsików, czy też ziemniaczano-marchewko-musztardowego puree. Zresztą o śledziu i sposobach jego przyrządzania usłyszeliśmy w Szwecji wiele, także o śledziu kiszonym, którym na szczęście nas nie częstowano, gdyż jest o strawa tylko dla wyjątkowych koneserów. Zapachu tej potrawy nie tylko nie da się znieść, ale nie zapomina się do końca życia.

Po wizycie w muzeum udaliśmy się w podróż na Olandię, wyspę oddaloną od Karskrony o ok. 100 km. Olandia to druga co do wielkości wyspa Szwecji, położona na południu kraju, dzisiaj miejsce wypoczynku Szwedów. Tutaj także każdego roku przyjeżdża rodzina królewska, aby w swojej rezydencji spędzać wakacje. Na wyspę dotarliśmy mostem (Most Olandzki), o długości 6072 metrów łączący wyspę Olandia ze stałym lądem. Przy zachodnim brzegu (od strony miasta Kalmar) zbudowano charakterystyczne podwyższenie (na 36 metrów), które umożliwia swobodną żeglugę nawet ogromnych statków. Most opiera się na 156 filarach i jest najdłuższą konstrukcją tego typu w Szwecji (most nad Sundem, łączący Kopenhagę i Malmö, jest dłuższy (7845 m), ale nie leży w całości na terenie Szwecji).

Po krótkiej wizycie na wyspie, wspólnej fotografii na tle wiatraka, jakich tam wiele oraz przystanku przy kamieniu runicznym pozostawionym przez Wikingów, przejechaliśmy ponownie przez Most Olandzki, by dotrzeć do miasta Kalmar, gdzie w założonej w 1871 roku hucie szkła Pukeberg oglądaliśmy tradycyjne metody artystycznej produkcji wyrobów szklanych. Najśmielsi z nas spróbowali samodzielnej próby wydmuchiwania, a jeszcze inni sztuki grawerowania na szkle. Tam też, w niezwykłej scenerii hutniczych pieców, zjedliśmy kolację, zwieńczoną regionalnym deserem – sernikiem z waniliową polewą.

Trzeci dzień naszego pobytu rozpoczęliśmy od wizyty na kalmarskim zamku, warowni położonej w średniowiecznej części miasta. Historia zamku sięga XII wieku, kiedy to wybudowano ufortyfikowaną wieżę obronną. W XIII wieku król Magnus I Birgersson rozbudował fortyfikacje, a w następnych latach twierdza była wielokrotnie rozbudowywana. 20 lipca1397 roku tutaj właśnie zawarto jeden z najdonioślejszych aktów w historii Szwecji – podpisano tzw.Unię Kalmarską. Pakt ten został zawarty przez władcówSzwecji, Danii i Norwegii, a rocznice tego wydarzenia świętuje się corocznie.

W Kalmarze odwiedziliśmy też zabytkową katedrę, wybudowaną w stylu klasycystycznym, z barokowym ołtarzem, jednak jak przystało na luterskie zasady, o skromnym wnętrzu. Została zaprojektowana przez osiadłego w Szwecji niemieckiego architekta Nicodemusa Tessina Starszego i zbudowana w latach 1660–1700. Katedra jest oparta na planie krzyża łacińskiego z absydami od wschodu i zachodu. Nicodemus Tessin Starszy wiele podróżował po Europie, był też we Włoszech i projektując zewnętrzną bryłę świątyni w Kalmarze inspirował się rzymskimi doznaniami. Oczywiście, sama bryła, wnętrze kościoła i duch tam panujący budziły nasz szacunek, ale jeszcze większe wrażenie zrobiła opowieść naszej pani przewodnik, która poinformowała nas, że biskupem tej katedry jest kobieta, która ma żonę, z którą wspólnie wychowuje córkę. Tuż przy nawie głównej pokazano nam też kącik zabaw dla dzieci, które nie muszą zaprzątać sobie głowy przebiegiem nabożeństwa. Zresztą liczba uczestników niedzielnych mszy świętych nie przekracza 20-30 osób. Kościół utrzymywany jest z jednoprocentowego odpisu od podatków, pensje duchownych płacone są przez państwo, wszelkie wydatki Kościoła pozostają także pod ścisłą kontrolą państwa.

Po półtoragodzinnym spacerze urokliwymi uliczkami Kalmaru powróciliśmy do Karskrony, gdzie ostatnim punktem programu naszej wyprawy były wizyty w muzeum samochodów Albinsson&Sjӧberg oraz w zabytkowej fabryce porcelany. Wydawało się, że to pierwsze miejsce to szczególny prezent dla panów, a obcowanie z pięknem wyrobów z porcelany, to radość dla pań. Nic bardziej mylnego. Z zaobserwowanego zainteresowania pań, ich komentarzy, fotografii robionych przy samochodach, wynikało jednoznacznie, że samochody, a szczególnie wrażliwość na piękno starych pojazdów, to domena… kobiet. A było czym się zachwycać. Pośród prezentowanych modeli znalazły się też auta użytkowane przez osoby niezwykle zasłużone dla historii Szwecji – Cadillac, którym jeździł król Gustaw VI Adolf i Saab 900, którym prywatnie podróżował zamordowany w 1986 roku wieloletni i nieodżałowany przez Szwedówpremier Olof Palme.

Szwecja to bliski nam kraj, położony nieopodal Polski, jednak bardzo różny od Polski. Inna historia, inne zwyczaje i kultura, diametralnie inny status społeczny mieszkańców. Dobrobyt. Ponadto brak reklam – wszelkie bilbordy i banery są zakazane. Brak trakcji elektrycznych (wszystko pod ziemią), brak płotów wokół domostw. Nic nie zakłóca krajobrazu, nic go nie zaśmieca - liściaste lasy, jeziorka i porozrzucane wśród nich czerwone drewniane domy. Pięknie.

Wsiadając na prom żegnaliśmy Szwecję z towarzyszącymi nam refleksjami. Multum doznań, o których będziemy długo pamiętać. A podróż powrotna promem według znanego już scenariusza – szwedzka kuchnia, przepyszne desery, dyskoteka do białego rana. Rano natomiast… niczym w piosence napisanej przez Wojciecha Młynarskiego – „Tupot białych mew o statku pokład…” i bardzo długa drzemka w autokarze.

Paweł Kosmala – autor komentarzy i artykułów w różnych tytułach prasowych.

Przedsiębiorco, sprawdź ofertę kredytową, jaką ma dla Ciebie bank.
Usługa gratis.
+48 603 622 408
+48 669 555 546
czestochowa.finansowa@gmail.com