Niniejszy tekst jest krótkim wspomnieniem o moim szkolnym koledze Marku Drzewiczu i spotkaniu z jego ojcem Wiesławem, aktorem wybitnym, znanym szerszej publiczności z kreacji w wielu polskich filmach fabularnych i serialach telewizyjnych. Nie grywał głównych ról. Był raczej aktorem drugoplanowym, ale jego role były zapamiętywane, gdyż wyróżniała je ich interpretacyjna oryginalność. Jeśli dzisiaj zapytam kogoś, czy pamięta Wiesława Drzewicza, większość odpowiada, że nie pamięta. Ale jeśli zapytam, czy pamiętasz na przykład Fokicza w „Mistrzu i Małgorzacie” lub laboranta Guttmana z serialu „W labiryncie”, czy Buchaltera w „Doktorze Murku” to najczęstszą odpowiedzią jest: oczywiście, pamiętam, wspaniały aktor. Nie wspominając już o Gargamelu z popularnej dobranocki „Smerfy”. Głos użyczony tej postaci przez Wiesława Drzewicza jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w Polsce.

Częstochowa – lata sześćdziesiąte

Było to w Częstochowie, na początku roku szkolnego w 1960 roku. Do naszej klasy doszedł nowy kolega o imieniu Marek. Doskonale pamiętam ten moment – Marek w krótkich granatowych spodenkach na szelkach i białej koszuli. Siedziałem wówczas w szkolnej ławce (takiejw starej wersji, z kałamarzem pośrodku blatu) z Jankiem Walczakiem. Nie wiem, dlaczego padło na niego, kiedy wychowawczyni zastanawiała się, które miejsce przydzielić Markowi. Jankowi wyznaczono inne towarzystwo, mnie przydzielono nowego kolegę. I tak zaczęła się nasza szkolna przyjaźń. Mieszkaliśmy blisko siebie – ja pod piątką w Alei NMP, a Marek na przeciwko pod szóstką, w tak zwanym drugim podwórku. Najpierw, po przekroczeniu bramy wjazdowej, było pierwsze podwórko, dość duże, zabudowane wokół budynkami mieszkalnymi, potem przechodząc przez drugą bramę docierało się na kolejne podwórko, znacznie mniejsze. Marek mieszkał na pierwszym piętrze w prawej oficynie. Na drzwiach widniała wizytówka babki Marka, która nosiła nazwisko Kędzierska. To było także (prawdopodobnie) panieńskie nazwisko jego matki. Pamiętam wszystkich domowników – wspomnianą bakę w okularach i z nieodłącznym papierosem w cygarniczce - wyglądała groźnie, trochę się jej bałem. Pamiętam prababkę, zawsze uśmiechniętą i zatroskaną. Pamiętam mamę Marka, atrakcyjną kobietę ze wspaniałymi bujnymi włosami w kolorze rudym, zaczesywanymi w kok z tyłu głowy. Był też towarzysz matki, sympatyczny pan, o którym Marek mówił, że jest jego ojczymem. I był także przyrodni brat Marka – podczas mojej pierwszej wizyty miał chyba klika tygodni. Pamiętam wiele – rozmowy z matką i ojczymem, rozkład mieszkania i zwyczaje w nim panujące. Marek stał się moim najbliższym kolegą, spędzaliśmy razem dużo czasu na wspólnym odrabianiu lekcji, ale przede wszystkim na zabawach. Raz u niego w domu, raz u mnie, a przede wszystkim na podwórkach i częstochowskich ulicach. Mój towarzysz był wyjątkowo pomysłowy, nie mieliśmy prawa się nudzić. Był kreatywny, bystry i niezwykle odważny. Jak spacerowaliśmy po wałach obronnych wokół klasztoru jasnogórskiego to ja szedłem normalnie po wyznaczonym do tego celu deptaku, Marek biegał po zewnętrznym murku. Gdyby się potknął, spadłby z kilkudziesięciu metrów. Gdy wchodziliśmy na szczyt wieży jasnogórskiej, Marek już na jednym z ostatnich pięter wyszedł poza balustradę i wygłupiał się przy jakiejś świętej figurze. Gdy po spektaklu w przyjezdnym cyrku wracaliśmy ulicą Krakowską do domu, tłum widzów przekraczał rzekę po moście, a Marek po półokrągłym przęśle zawieszonym kilka metrów nad ziemią... Taki był mój przyjaciel Marek Drzewicz. Mam też inne wspomnienia – pierwszy papieros, do którego mnie zachęcał. Pamiętam strych w jego kamienicy i papierosy Silesia (niebieskie opakowanie za 5,20 złotych) i smak pierwszego wina (tzw. wino marki Wino). Wspomnień takich mam multum i choć wszystko co Marek robił i do czego mnie zachęcał, imponowało mi, to jednak nie okazałem się pojętnym uczniem. Papierosów do dzisiaj nie palę, alkohol nigdy mi nie smakował (może to błąd?), po murku wzdłuż jasnogórskich wałów także nie biegam i nie biegałem. Wszystkie fanaberie Marka nie przeszkadzały mu być dobrym uczniem. Pamiętam jak mój ojciec obserwując nasze wspólne odrabianie lekcji, stawiał mi go za przykład. Lubił go i podkreślał jego zdolności i błyskotliwość.

Częstochowskie eksperymenty

Marek towarzyszył mi przez cztery lata szkoły podstawowej (szkoła nr 12 w Częstochowie przy ulicy Warszawskiej). Kiedy byliśmy w piątej i szóstej klasie zrobiono eksperyment, bardzo kontrowersyjny eksperyment. Uczniów podzielono na cztery grupy – ci z najlepszymi ocenami zostali wytypowani do klasy A, słabszych uczniów przydzielono do klasy B, jeszcze słabszych do C, a najgorszych do D. Funkcjonowało to jak liga piłkarska – po każdym okresie szkolnym (rok szkolny podzielony był na cztery okresy z tzw. wywiadówką na koniec okresu i świadectwem po czwartym okresie) następowały przetasowania. Kilkoro uczniów z najsłabszymi ocenami z klasy A „spadało” do klasy B, a najlepsi uczniowie z klasy B awansowali do A, zaś najlepsi z C awansowali do B itd. Po półtorarocznym doświadczeniu powrócono do poprzedniej formuły nauczania. Eksperyment przyniósł fatalne wyniki, szczególnie dla uczniów z klasy D. Brak motywacji, najgorszy przykład i w efekcie kompletna porażka całego pomysłu. Piszę o tym nie dlatego, aby przypomnieć błędy w systemie nauczania, ale po to, aby zaznaczyć, że przez cały ten okres byliśmy z Markiem w ekstraklasie tj. klasie A. Potem razem wybraliśmy szkołę średnią. Z powodzeniem zdaliśmy egzaminy do najmodniejszego wówczas częstochowskiego liceum (z własną krytą pływalnią) im. Romualda Traugutta. Tutaj nas jednak rozdzielono – Marek trafił do tzw. klasy męskiej z językiem niemieckim, ja do klasy z profilem języka francuskiego. Ta męska klasa to relikt przeszłości, ostatnia taka klasa po męskim liceum jakim było do naszych czasów Liceum Traugutta. Dzisiajmyślę sobie, że właśnie wtedy los nie był przyjazny Markowi. Męska klasa, męski rygor i nie zawsze odpowiedzialne fascynacje. A Marek był podatny jak mało kto. I na wszelkie bodźce, i skłonności. Lubił się popisywać, dominować, grać pierwszą rolę. Niestety były to bodźce odstające od kodeksu akceptowanego przez ówczesnych nauczycieli. Zakończyło się to marnie dla Marka, nie otrzymał promocji do czwartej klasy licealnej (wówczas klasy 11-ej). Nie wiem, czy Marek ukończył liceum, gdyż tak się złożyło, że byliśmy ostatnim rocznikiem, który ukończył siedmioklasową szkołę podstawową. W kolejnym roku nie było rocznika kończącego podstawówkę, obowiązywał już nowy system – ośmioklasowy. Kiedy więc w liceum ktoś nie otrzymywał promocji do klasy następnej, nie mógł powtarzać klasy, gdyż za nami takiej klasy nie było. Musiałby czekać przez cały rok na taką okazję, a i tak było to raczej trudne, gdyż w nowym systemie obowiązywał nowy program nauczania. Z tego co słyszałem to była wyznaczona jakaś szkoła (w województwie), w której można było zrobić taką „repetę”, ale nie wiem czy Marek z tego skorzystał. Nie zapytałem go o to. Ponadto nasze relacje w szkole średniej były już mniej bliskie. Oczywiście, lubiliśmy ze sobą rozmawiać, ciągle nas wiele łączyło, ale też mieliśmy już inne zainteresowania, inne potrzeby.

Teatr w Częstochowie

Jeszcze, kiedy byliśmy dziećmi Marek zapraszał mnie do teatru. Był przecież synem aktora Wiesława Drzewicza, który w latach 1948-55 występował na deskach częstochowskiego teatru im. Adama Mickiewicza. W Częstochowie Wiesław Drzewicz był bardzo popularny, był ulubieńcem rodzimych miłośników teatru. Pamiętam, że kiedy przedstawiłem Marka moim rodzicom, to pierwsze pytanie, jakie zadała mu moja mama dotyczyło Wiesława Drzewicza. Tak jak inni częstochowianie, rodzice kochali aktora Drzewicza. Kiedy poznałem Marka, jego ojciec od kilku lat już nie pracował w Częstochowie, był aktorem Teatru Zagłębia w Sosnowcu, potem otrzymał angaż w Warszawie. Ale wtedy, w czasie mojej przyjaźni z Markiem, jego matka otrzymywała bezpłatne podwójne zaproszenia na częstochowskie premiery i gościnne przedstawienia innych teatrów w Częstochowie. Nie zawsze miała ochotę z tych zaproszeń korzystać, oddawała je Markowi, a on zabierał na spektakle swojego przyjaciela. Tak poznałem teatr. Tak poznałem Wiesława Drzewicza.

Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, w samym środku, aktorów mieliśmy tuż przed sobą. Teatr Zagłębia przyjechał do Częstochowy z przedstawieniem „Borys Godunow” według Aleksandra Puszkina. Było to monumentalne, przepojone grozą przedstawienie. Za trudne dla kilkuletnich chłopców. Byłem jednak pod olbrzymim wrażeniem – wielu aktorów, bogato zdobione kostiumy, ekspresyjna gra. Wiesław Drzewicz grał rolę narratora. Ubrany w strój ruskiego bojara wprowadzał widzów w realia historyczne, wyjaśniał zawiły kontekst. Grając patrzył na Marka, czasem... na jego kolegę. Wtedy miałem wrażenie, że gra dla mnie. Po spektaklu podeszła do nas jakaś pani i zaprowadziła do garderoby. To było krótkie spotkanie, zdawkowa rozmowa ojca z synem, bez specjalnych czułości. Wtedy nie byłem w stanie tego ocenić, dzisiaj – choć minęło 60 lat – czuję pewien zawód. Tak czy inaczej, poznałem wtedy aktora, który niebawem stał się aktorem warszawskich scen, a także odtwórcą ról w filmach, serialach i teatralnych spektaklach telewizyjnych. Naszych wspólnych wizyt w częstochowskim teatrze było więcej. Scenariusz był zawsze podobny – mama Marka nie miała ochoty skorzystać z zaproszeń, więc Marek zabierał mnie na kolejne premiery i inne spektakle.

W Częstochowie – przy kielichu

Kiedy już studiowałem w Warszawie oglądałem Wiesława Drzewicza w spektaklach w teatrach Klasycznym i Studio. Później był też aktorem teatrów Komedia i Syrena. Do udziału w filmach zapraszali go najwięksi reżyserzy polskiego kina – Andrzej Wajda, Janusz Majewski, Filip Bajon czy Janusz Kijowski. Wiele niezapomnianych kreacji, niekiedy niewielkich ról, ale perełek aktorskich. Właśnie wtedy, chyba w 1976 roku byłem w Częstochowie. Było to 29 czerwca, w dzień moich imienin. Tuż przed kamienicą, w której się wychowałem spotkałem Marka, któremu towarzyszył inny nasz wspólny szkolny kolega Zdzisław Majeris (Zdzisiek był naszym kolegą zarówno z podstawówki, jak i liceum). Nie widzieliśmy się od dawna, ponadto był dzień mojego patrona, nie mogłem wykręcić się od paru chwil przy butelce alkoholu. Koledzy zaproponowali knajpę pod szóstką (obok bramy kamienicy, w której mieszkał Marek). Były tam dwie restauracje – na piętrze i na parterze. Ta na górze była przyzwoitym lokalem tzw. II kategorii, z wieczornymi dancingami. Ta na parterze - podłą speluną. Oficjalnie restauracje nosiły nazwę „Gastronomia” ale w Częstochowie mówiło się, że idziemy na „Górkę” lub na „Dołek”. Poszliśmy na parter. Stoliki pokryte szarym laminatem, bez obrusów, pełno ludzi. Zdzisiek zaproponował pół litra klubowej, jakieś oranżady i obowiązkową wówczas zakąskę – pamiętam, koreczki z żółtego sera (dla pani kelnerki). Kelnerka podała wódkę w kolorze brązowym i trzy szklanki. Kieliszków nie przyniosła. Rozlaliśmy na dwa razy. Potem, któryś z kompanów powiedział, że „przymaławo” i zamówiłem powtórkę. Z tamtego spotkania, oprócz niecodziennej dla mnie scenerii, zapamiętałem fragmenty rozmowy. Jednego fragmentu nie zapomnę. Opowiadałem Markowi o jego ojcu, o moich wizytach w warszawskich teatrach i jego rolach, nie kryłem zachwytu, mówiłem o sukcesach Wiesława Drzewicza. Marek posmutniał, spuścił wzrok i powiedział: szkoda, że ma tak głupiego syna...

Marek nie był głupi. Był zdolnym i inteligentnym chłopakiem. Był koleżeńskim, sympatycznym pełnym pomysłów młodzieńcem. Był też przystojny i bardzo podobał się kobietom. Pamiętam, jak moja mama, spotkała go kiedyś na ulicy i wspominała później, jaki ten Marek ładny, taki prościutki, wysoki i taki grzeczny. Taki był, innego Marka nie pamiętam. Wyjechałem z Częstochowy, moje wizyty w rodzinnym mieście były już rzadkie, nasze drogi się rozeszły. Pamiętam jeszcze chyba jedno spotkanie, podwiozłem go wówczas do Rudnik, do domu rodzinnego jego żony. O śmierci Marka dowiedziałem się, kiedy przyjechałem na pogrzeb mojej koleżanki Krysi Olesińskiej, która tak jak ja mieszkała pod piątką w Alei NMP. Marek umarł dużo wcześniej. Ktoś z uczestników pogrzebu zapytał mnie, dlaczego nie przyjechałem na pogrzeb Marka. Po prostu nie wiedziałem, nikt mnie nie powiadomił. Opowiadano mi o przyczynach, o doświadczeniach, które stały się zgubne. Nie mam prawa oceniać. Pamiętam go jako super kumpla, który choć okazał się nieskutecznym nauczycielem w paleniu papierosów czy piciu wina, to jednak dzięki niemu poznałem teatr, którego jestem wiernym widzem.

Pamiętam, a było to już po śmierci Wiesława Drzewicza (zmarł w 1996 roku), podczas nocnej jazdy samochodem słuchałem audycji radiowej, w której wspominano tego aktora. Opowiadała o nim Olga Lipińska, ówczesna dyrektorka warszawskiego Teatru Komedia. Wspominając Drzewicza, używała przymiotników – wspaniały, wielki, wybitny. Tak, takim był aktorem.

Niedawno, byłem na Cmentarzu Wolskim w Warszawie. Tam znajduje się grób Wiesława Drzewicza. Zapaliłem lampkę i opowiedziałem wspaniałemu aktorowi o mojej przyjaźni z Markiem.

Autor: Paweł Kosmala – autor komentarzy i artykułów w różnych tytułach prasowych.

Przedsiębiorco, sprawdź ofertę kredytową, jaką ma dla Ciebie bank.
Usługa gratis.
+48 603 622 408
+48 669 555 546
czestochowa.finansowa@gmail.com