Była druga połowa lat sześćdziesiątych, uczęszczałem do II Liceum Ogólnokształcącego im. Romualda Traugutta w Częstochowie. Choć czasy nie były najlepsze, przecież żyliśmy w komunie, a najważniejszym człowiekiem w państwie był pierwszy sekretarz jedynej słusznej partii, to mieliśmy wiele powodów do dumy i radości. W tamtym okresie miałem kilkanaście lat i jeszcze niewiele rozumiałem z historycznych zawiłości. Chociaż w domu ojciec słuchał tylko dwóch radiowych rozgłośni – Radia Londyn i Radia Wolnej Europy, a na moje niełatwe pytania dotyczące różnych politycznych uwarunkowań odpowiadał szczerze, nie miałem poczucia, że żyję w kraju, w którym nie byliśmy w pełni wolnymi ludźmi. Byłem młodym, zdrowym nastolatkiem, w szkole należałem do dobrych uczniów, nie cierpiałem biedy (rodzice byli rzemieślnikami i wiodło nam się lepiej niż przyzwoicie), miałem też swoje pasje i zainteresowania. Interesowałem się też sportem, a nawet go uprawiałem, choć na salę treningową Startu Częstochowa trafiłem dopiero w klasie maturalnej. Trenowałem boks. Treningi odbywały się w salce przy ul. Puławskiego, obok stadionu piłkarskiego Skry Częstochowa. W tej samej salce i pod okiem tego samego trenera Wincentego Szyińskiego, kilkanaście lat wcześniej uczył się pięściarstwa dwukrotny mistrz olimpijski Jerzy Kulej. Zresztą zaczynał podobnie jak ja od wagi piórkowej. Ale na nazwisku trenera i kategorii wagowej kończy się podobieństwo naszych sportowych karier. W ringu znaczących sukcesów nie osiągnąłem, ale sport kochałem, pasjonowałem się zmaganiami sportowców, kibicowałem, uczęszczałem na wszelkie organizowane w Częstochowie zawody – w piłce nożnej, kolarstwie, siatkówce i przede wszystkim żużlu. Na stadion przy Olsztyńskiej zaprowadził mnie i mojego starszego brata kiedyś ojciec. Miałem kilka lat i wszystkiego nie pamiętam, ale brat wspomina, że zajmowaliśmy miejsca stojące tuż przy drewnianej bandzie (takie wówczas obowiązywały), a ojciec podkładał nam pod nogi cegłówki, abyśmy mieli lepszą widoczność. I tak, wisząc na bandzie emocjonowaliśmy się rywalizacją na czarnym torze. Czarny tor, kurz i kamienie wyrzucane spod kół, głośne motocykle, czarne skórzane stroje żużlowców. Tylko kaski pokryte kolorowymi tkaninami. Nawet ochronne maski na twarzach wyglądały groźnie, choć pamiętam, że jeden z żużlowców (z Wrocławia) nie zakładał maski, swoją twarz zasłaniał kolorową chustą. Pamiętam jego nazwisko – Teodorowicz. Jak to wszystko ma się do dzisiejszych standardów?

Inne wspomnienie z dzieciństwa to fotografie żużlowców Włókniarza umieszczone w gablocie zakładu fotograficznego Marii Związek, który mieścił się w podwórku kamienicy, w której się wychowałem, w centrum Częstochowy w Alei NMP 5. Portret z kolorowym retuszem Stefana Kwoczały, indywidualnego mistrza Polski i fotografia zbiorowa najlepszych zawodników częstochowskiego klubu. Byłem dumny, że takie portrety wiszą właśnie w moim podwórku. Nic dziwnego, że wraz z podwórkowymi kolegami – Jerzykiem Barczyńskim, Jurkiem Ciszewskim, Adamem Olesińskim, Wojtkiem i Zbyszkiem Hutnymi, Waldkiem Świerczynskim, Wojtkiem Frąckowiakiem przybieraliśmy nazwiska żużlowców rywalizując na rowerach wokół podwórkowego skweru.

Już w liceum, kiedy uważałem się za w pełni świadomego kibica, pojawiła się wieść, że jeden z naszych kolegów ubiega się o licencję zawodnika żużlowego. Tym kolegą był starszy o rok niewysoki blondyn – Marek Cieślak. Wcześniej, podczas przerw pomiędzy lekcjami, nie zauważaliśmy go, teraz na nim koncentrowały się nasze spojrzenia, o nim rozmawialiśmy. Wkrótce zacząłem z nim rozmawiać. Oczywiście o żużlu, o innych zawodnikach, o zbliżających się meczach, o czekającym go egzaminie na licencję. Lubił opowiadać, dzielić się wrażeniami, widać było, że cieszył się z zainteresowania jakim go otaczaliśmy. Kiedyś zaprosił mnie na trening, dosiadłem nawet motocykla. To było coś. Nie była to jednak maszyna Marka, lecz jego kolegi z drużyny Jacka Gierzyńskiego. Wtedy, podczas treningu jeździł bez ochronnej maski, a oczy chronił okularami przeciwsłonecznymi. Robiło wrażenie. Gierzyński niestety nie miał szczęścia, w 1975 roku, podczas zawodów w NRD doznał kontuzji kręgosłupa i na całe życie został przykuty do wózka inwalidzkiego.

Pamiętam też, że Marek był na jednym z meczów bokserskich, kiedy ja występowałem. Nie byliśmy jednak w zażyłych relacjach, a po jego maturze (zdawał maturę rok przed moim egzaminem) nasze kontakty były już sporadyczne. Oczywiście nie opuszczałem żadnego meczu Włókniarza, żadnego turnieju, który odbywał się w Częstochowie, kibicowałem Markowi i zazdrościłem. Był gwiazdą od pierwszego występu na torze. Już jego egzamin licencyjny był nie lada wydarzeniem. Było to w 1967 roku przed corocznie rozgrywanych na torze Włókniarza zawodach Memoriału im. Bronka Idzikowskiego. Marek przejechał cztery okrążenia z taką dynamiką, że nikt nie miał wątpliwości, że widzi przyszłego mistrza. Potem był pierwszy występ ligowy, chyba z Polonią Bydgoszcz, w której startował Henryk Glucklich, reprezentant kraju, znany z waleczności i ostrej jazdy. O ile pamiętam, w meczu tym Marek nie zdobył punktu, w trakcie jazdy zaliczył nawet wywrotkę. Wystąpił w jednym biegu, walczył jednak niezwykle odważnie. Potem były inne mecze, w których Marek już nikomu nie ustępował. Pamiętam, że od samego początku ogrywał najlepszych – Pogorzelskiego, Migosia, Pociejkowicza, Wyglendę i innych. W samym Włókniarzu jego pozycja była bardzo mocna i wręcz natychmiast stał się liderem zespołu choć o palmę pierwszeństwa musiał walczyć, przede wszystkim ze Stanisławem Rurarzem. O ile dobrze pamiętam to Marek wypełnił lukę w składzie drużyny po Wiktorze Jastrzębskim, który uległ poważnej kontuzji, która wyeliminowała go z drużyny na wiele miesięcy. Skład uzupełniali: Bernard Kacperak, Lucjan Krupiński, Lech Zapart, Zygmunt Malinowski, Jerzy Łotocki, Henryk Barylski. W nowym sezonie Marek założył kombinezon w kolorze białym. Był chyba prekursorem, nie pamiętam bowiem, aby inni zawodnicy mieli wtedy takie kostiumy, przynajmniej na polskich torach. Plotka mówiła, że był to kostium przygotowany dla Wiktora Jastrzębskiego, ale z związku z przedłużającym się procesem leczenia jego kontuzji, kostium trafił do Marka.

W 1970 roku Włókniarz walczył o utrzymanie w pierwszej lidze (wtedy tak nazywała się najwyższa klasa rozgrywkowa). W fazie zasadniczej zajął przedostatnie miejsce i o utrzymaniu w lidze miały zadecydować mecze barażowe z Unią Leszno. Mecze w Częstochowie i Lesznie zakończyły się takim samym zwycięskim wynikiem gospodarzy i musiało dojść do trzeciego pojedynku. Do jego rozegrania wyznaczono tor Kolejarza Opole. Pojechałem na ten mecz w towarzystwie brata Andrzeja i mojego licealnego kolegi Waldka Żyty. Włókniarz niestety przegrał i to dość wyraźnie. Marek walczył bardzo ambitnie, tak ambitnie, że w ostatnim swoim biegu zaliczył makabryczną wywrotkę. Byliśmy bardzo rozczarowani i rozgoryczeni – porażka Włókniarza, spadek do drugiej ligi i wypadek Marka. Najgorzej zniósł to kolega Waldek, który wyrywał się do wymierzenia sprawiedliwości swoimi pięściami. Na szczęście zdołaliśmy go powstrzymać przed bójką z kibicami drużyny przeciwnej.

Kiedy i ja zdałem maturę i wyjechałem z Częstochowy na studia moja obecność na meczach Włókniarza stała się dość rzadka. Z czasem coraz rzadsza, gdyż wyprowadziłem się z rodzinnego miasta. Kibicowałem jednak mojej ukochanej drużynie śledząc jej wyniki w prasie. Pamiętam jak w 1974 roku spędzałem wakacje w Szwecji. Trudno to nazwać wakacjami, gdyż jeździłem z kolegami do Szwecji za chlebem. Studiowałem w Warszawie, a wakacje każdego roku spędzałem za morzem, pracując fizycznie jako tragarz w portowej chłodni, także w hucie, czy w pralni, czy też w knajpie zmywając naczynia. Właśnie w 1974 roku o mistrzostwie Polski zdobytym przez Włókniarza dowiedziałem się z gazety Sport, której kilka numerów wraz z innymi gazetami przysłał mi z kraju brat. Nie było komputerów i Internetu, nie mieliśmy telefonów komórkowych, w ogóle nie było możliwości jakiegokolwiek połączenia telefonicznego. Trzeba było radzić sobie w inny sposób. Ja dzięki bratu byłem w miarę na bieżąco. W następnym roku, zgodnie z zasadą, że finał Indywidualnych Mistrzostw Polski rozgrywany jest na torze ubiegłorocznego drużynowego mistrza kraju, walkę o indywidualny prymat rozegrano w Częstochowie. Byłem na trybunach. Wydawałoby się, że faworytem częstochowskich kibiców powinien być Marek. Tak jednak nie było. W finale startował też Józef Jarmuła, który w owym czasie był ulubieńcem trybun. Jeździł niezwykle efektownie – zawsze przegrywał starty, a potem nadrabiał dystans wymijając rywali jeżdżąc tuż przy bandzie. Kibice wręcz go kochali. Gdy doszło do bezpośredniego pojedynku, który po fantastycznej walce wygrał popularny Józek, stadion szalał z radości. Józek nie zdobył jednak mistrzowskiego tytułu, nie zdobył nawet medalu. W jednym z biegów zerwał taśmę startową i został wykluczony. Ostatecznie zajął czwarte miejsce. Zwyciężył zawodnik Stali Gorzów - Edward Jancarz, srebro zdobył Marek, a brąz Paweł Waloszek ze Śląska Świętochłowice.

Mniej więcej w tym samym czasie co Marek swoją przygodę z żużlem rozpoczął inny as Włókniarza – Andrzej Jurczyński. Kędzierzawa blond czupryna, wysmukła sylwetka, wręcz przeciwieństwo Marka. Był to wyjątkowy twardziel, żużlowiec z fantazją i olbrzymią ambicją. Podczas jednego z meczów ligowych, chyba w 1976 roku, doszło do makabrycznego karambolu, w którym uczestniczył właśnie Jurczyński. Był ważny bieg, zawodnicy Włókniarza przegrali start i Jurczyński zdecydował się na szarżę, wjechał pomiędzy dwóch jadących przed nim rywali. Rywale ci nie zostawili miejsca, jechali blisko siebie, Jurczyński dosłownie wepchnął się pomiędzy przeciwników. Niestety obu zahaczył swoim motocyklem, doszło do bardzo groźnego wypadku. Tak się złożyło, że na drugi dzień po tym zdarzeniu zajechałem autem moich rodziców – skodą 1000MB do zakładu serwisującego auta, którego właścicielem był Bernard Kacperak, były żużlowiec Włókniarza, kiedyś brązowy medalista IMP, ówczesny trener częstochowskiej drużyny. Warsztat Kacperaka znajdował się przy ulicy Warszawskiej, na tyłach szkoły podstawowej nr 12, do której w przeszłości uczęszczałem. Cieszył się dużym uznaniem wśród lokalnych właścicieli samochodów, nie tylko z powodu sportowej popularności jego właściciela. W rozmowie z Kacperakiem poruszyłem temat karambolu spowodowanego przez Jurczyńskiego. Powiedziałem – To była brawura, nie było miejsca. Po co się tam pchał? A Bernard Kacperak odrzekł z niewzruszoną miną – Nie w takie luki się wchodziło. Trener, wychowawca, autorytet dla młodych zawodników... Słowa te zapamiętałem na zawsze. W kolejnym dniu znalazłem się na promie płynącym z Gdańska do Sztokholmu. Był sztorm, huśtało we wszystkie strony, restauracja podczas śniadania świeciła pustkami, było w niej tylko kilka osób. Wśród nich dostrzegłem Edwarda Jancarza. Siedział przy stoliku obok eleganckiego pana w granatowej marynarce z metalowymi guzikami, w okularach w złotej oprawie. Wykorzystałem pretekst związany z wypadkiem i kontuzją Jurczyńskiego i podszedłem do obu panów, mówiąc im o tym wydarzeniu. Byli zaskoczeni, nie wiedzieli (jak to się ma do dzisiejszego przekazu informacji?), zaprosili mnie do swojego stolika. Tym dystyngowanym panem okazał się Zbigniew Flasiński, ówczesny przewodniczący Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Obaj, Flasiński i Janczarz byli mocno zasmuceni wieściami jakie im przekazałem. Flasiński wyrażał się o Jurczyńskim w samych superlatywach, określił go jednym z najlepszych ówczesnych żużlowców. Zresztą jakim był zawodnikiem warto przeczytać w książce biograficznej Marka - napisanej wspólnie z Wojciechem Koerberem - pod tytułem „Pół wieku na czarno”.

W 2018 roku wybrałem się z żoną i córką na mecz Polska – reszta Świata, który rozegrano na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Na trybunach rozpoznałem Pawła Waloszka. Podszedłem do niego, uścisnąłem dłoń mistrza, porozmawialiśmy o starych czasach. W rozmowie wspomniałem o finale IMP w Częstochowie, zapytałem o jego brata Wiktora, który też był żużlowcem. Pomimo osiemdziesięciu lat Waloszek był w świetnej formie, cieszył się naszą rozmową, z nadzieją mówił o odradzającym się żużlu w Świętochłowicach. Klika dni później media podały wiadomość o śmierci Pawła Waloszka. Z wspomnianego spotkania pozostała mi fotografia zrobiona przez moją córkę.To właśnie dzięki córce powróciłem na stadion Włókniarza. To ona nieoczekiwanie zaczęła interesować się żużlem i ciągnie mnie ze sobą na mecze żużlowe. Choć mieszka w Warszawie, a ja z żoną na Podbeskidziu to bywamy wspólnie na stadionie przy Olsztyńskiej. Kibicujemy oczywiście... Markowi. Dzisiaj Marek to nie tylko zasłużony mistrz sportu żużlowego, to najwybitniejszy trener tej dyscypliny. Chociaż jestem przekonany, że nie pamięta o rok młodszego licealnego kolegi (miał takich wielbicieli wielu), to z przyjemnością poświęciłem mu ten krótki wspomnieniowy tekst.

Paweł Kosmala, prezes zarządu Prospero S.A., absolwent Szkoły Głównej Handlowej i Akademii Finansów.
Autor komentarzy i artykułów w różnych tytułach prasowych. Kibic żużla.

Przedsiębiorco, sprawdź ofertę kredytową, jaką ma dla Ciebie bank.
Usługa gratis.
+48 603 622 408
+48 669 555 546
czestochowa.finansowa@gmail.com